Mierząc swe kroki na zamiary.
Kryjąc się za uprzejmym grymasem imitującym spolegliwy uśmiech.
W karcącej imitacji uścisku dłoni, skupiony na planie i realizacji.
Ze źrenicami eksplodującymi.
Ekstatycznie wydzielającymi adrenalinę nadnerczami.
W ciągłym boju, w wiecznym ruchu, pędzie.
Świetlistym wybuchu błysku dźwięku, w perłowej łagodności jej uśmiechu.
Z sercem wybijającym rytm ciała...
Pulsujący;
Rozedrgany w sekundzie.
Wdzierająca się krzykiem do żył wydzielina, przy użyciu krwi,
zbrojnej w hemoglobinę, ociekającej żelazem.
Wtulony w mur.
Cicha postać na skraju wyczerpania.
Para, ciśnienie, am-fe-ta-mina feromonów,
Skanalizowana we własnym samobójczym biegu ku wolnej myśli.
Rozważam wiec możliwości swoje, rozpatruje pod czujnym okiem.
Marszczę brwi i pocieram dłonią o podbródek.
Gryzłbym końcówki okularów gdybym nosił, w sensie używał.
W swoim próżnym zapatrzeniu w symbolikę konwenansu.
Wiem jak jest. Nie zwraca się obecnie uwagi.
Wdziera się do krzyczącej żalem, jęczącej pustką jamy.
Bliźnie po nerkach. Dlatego broczę amoniakiem.
Cywilizowanie. W ustę









Previous Page12Next Page